Filmy na Święta Bożego Narodzenia – część I – Święta Thomasa Kinkade’a (Christmas Cottage), 2008

Grudzień chociażby się opierał, zapierał i chciał to zmienić dla większości z nas to miesiąc świąteczny. Ma twarz Mikołaja (rumiane policzki, białe włosy i białą, długą brodę oraz obowiązkową czerwoną czapkę z białym pomponem), w dłoni trzyma worek wypełniony prezentami oraz kusi szałem zakupów. Ten hollywoodzki wizerunek o coraz silniejszym podłożu komercyjnym (niestety:( niestety dla wielu osób święta dziś zaczynają i kończą się na prezentach oraz „postawieniu” się kto więcej może…) doskonale znany jest nam z rodzimego podwórka.

Dla mnie Grudzień to przede wszystkim Wigilia; żywa choinka rozświetlona setkami kolorowych lampek, stół (pod obrusem sianko) z symbolicznymi potrawami w symbolicznej ilości, dzielenie się opłatkiem, upominki, i na końcu, ale najważniejsza – rodzina w komplecie. To również pasterka, Boże Narodzenie. I oczywiście także śnieg; biały puszek lecący z nieba i przykrywający szczelnie powierzchnię ziemi oraz wszystko dookoła.

Pomyślałam sobie, że skoro grudzień jest dla mnie takim świątecznym paniczem nie może w tym czasie zabraknąć dobrej lektury i dobrego kina. Najpierw skupię się na kinie – filmach, które warto polecić do obejrzenia w czasie świąt oraz tuż przed nimi /lub zaraz po nich. Mam więc małą niespodziankę. W grudniu zaproponuję Wam na świąteczny seans /seanse kilkanaście tytułów filmów. Każdy z nich na swój sposób będzie nawiązywał do świąt Bożego Narodzenia. Listę propozycji zróżnicowałam tak, aby każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Filmy na Święta Bożego Narodzenia – część I

  1. Święta Thomasa Kinkade’a (Christmas Cottage), 2008

Bynajmniej propozycja tego filmu nie pojawiła się tutaj przez osobę Jareda Padaleckiego. Zapewne dla wielu fanów Sama z „Supernatural” to mocny argument przemawiający za zobaczeniem tego filmu. Znana i lubiana twarz na pewno przyciąga, ale od razu zaznaczam, jeśli nastawiacie się na coś w stylu pogoni za demonami i innymi stworami, to zdecydowanie inna bajka.

Zdecydowałam się na umieszczenie tego tytułu na tej liście ze względu na podjęty w nim temat „inspiracji w życiu człowieka”. A te odgrywają ważną rolę. Kinkade poszukiwał własnej. Znalazł ją w pewne święta. Ponadto wybrałam ten film, abyśmy wspólnie mogli podyskutować o sztuce, a także, aby każdy z nas (w zaciszu własnego domu) miał dodatkowo okazję zastanowić się nad tym czym jest sztuka, jaka być powinna i przede wszystkim, czego w niej poszukuję? A jeśli jeszcze nie znacie Kinkade’a uwierzcie mi, że to nazwisko jest znakomitym pretekstem do podjęcia dyskusji na ten temat. Oczywiście na moją decyzję miał także wpływ fakt, że w filmie mamy do czynienia z bożonarodzeniowym cudem… Czyli idealna propozycja na czas świąt.

Najpierw zobaczcie zwiastun filmu:

Film jest spojrzeniem na życie młodego Thomasa Kinkade’a (w tej roli Jared Padalecki) – jednego z najbardziej popularnych malarzy Ameryki. Ukazuje postać artysty w kontekście najważniejszej inspiracji dla jego przyszłej kariery. Reżyser (Michael Campus) przedstawia nam malarza w chwili, kiedy ten wraca do domu na czas świąt i odkrywa, że jego matka ma długi, które mogą doprowadzić do utarty domu rodzinnego. Warto też w tym miejscu zaznaczyć, że film wyprodukował sam Thomas Kinkade.

Jak z oceną?

„Święta Thomasa Kinkade’a” w moim odczuciu to obraz bardzo zachowawczy. Historię odnalezienia przez malarza inspiracji leżącej u podstaw jego kariery opowiedziano w sposób prosty i zwyczajny. Znając życiorys Kinkade’a  nie mogę uciec przed przeświadczeniem, że artysta jako producent świadomie pokierował estetykę filmu w te rejony. Tak, aby ta opowieść i jej przekaz były jasne i zrozumiałe dla każdego. Tak samo, jak idea twórczości malarza mówi o tym, że jego sztuka w swoim przekazie ma być zrozumiała dla każdego odbiorcy.

„Święta Thomasa Kinkade’a” to kino spokojne (ale to akurat w moim odczuciu plus!), ciepłe (w sposób bezpieczny) i kreślące taką miłą dla kogoś z boku wizję stania się znanym malarzem /artystą.

Słów kilka należy poświęcić odtwórcy głównej roli. W postać samego Thomasa Kinakde’a wcielił się Jared Padalecki. Jego obecność na ekranie była transparentna: nic swoją grą nie wnosił, ale i nie przeszkadzał. To „modny”, a nie zdolny aktor. Choć trzeba przyznać, że wzbudza sympatię. Czy warto obejrzeć film? Tak. Oceniam go na 5+ w skali do 10. Dlaczego warto? Bo pokazuje jak ważna jest w naszym życiu inspiracja – siła popychająca do działania /tworzenia. Co ważne, na fali bożonarodzeniowych emocji film powinno się Wam przyjemnie oglądać. 

„The Christmas Cottage”

Oryginalny tytuł filmu jest zarazem tytułem niezwykle ważnego obrazu w karierze malarskiej Thomasa Kinkade’a. Obrazu, który powstał w wyniku inspiracji, jaką młodemu malarzowi ponoć przyniosły pewne święta i postać zaprzyjaźnionego, starego malarza Glena Weisslera (w tej roli Peter O’Toole).

Tutaj możecie obejrzeć filmik, w którym Kinkade opowiada o tym obrazie:

Malarz Światła

Thomasa Kinkade’a nie ma już między nami. Zmarł w 2012 roku mając zaledwie 54 lata. Jedni nazywali go mistrzem kiczu, a inni malarzem Ameryki. On sam siebie nazwał malarzem światła. Niewątpliwie była to jedna z najbardziej znanych i wpływowych postaci współczesnej Ameryki. Film jest jedynie zachętą do zapoznania się z jego twórczością (o ile jeszcze nie mieliście okazji jej poznać) i wyrażenia o niej własnego zdania.

Kontrowersje wokół sztuki Kinkade’a

Osoba Kinkade’a zaciekawiła mnie tym, iż wzbudzała i wzbudza wielkie kontrowersje. Aż ciśnie się na usta: jak to możliwe? A naprawdę trudno spodziewać się kontrowersji wokół malarza tworzącego iście disneyowską scenerię na płótnach. A, jednak!

Obrazy Thomasa Kinkade’a przywodzą na myśl bajkową krainę, w której mogę poczuć się niczym jedna z bohaterek Disneya. Są idylliczne i kolorowe (charakterystyczne dla malarza są pastelowe barwy). Romantyczne. Bije od nich ciepło. Widzę na nich domki z kamienia, strumyki, przepiękne uliczki oraz latarnie. Każdy obraz pełen jest światła.

Za względu na sielankowość krytycy zarzucali malarzowi kicz, brak dobrego smaku. Za nimi wtórowało wielu Amerykanów wielbiących wysoką Sztukę Elita grzmiała, że jego obrazy to bezguście i tandeta. Inni (większość jego wielbicieli i kupców obrazów to przeciętni Amerykanie) bronili twórczości Thomasa Kinkade’a twierdząc, że to patriota pokazujący tzw. amerykańskość (=Americana). Sam malarz był ponad wszelką krytyką; zupełnie się nią nie przejmując. Uważał, że otrzymał dar od Boga i ma nieść światło (stąd nazwał się malarzem światła).

Złamał stereotypowy wizerunek malarza, któremu nie starcza na życie, i który często jest hedonistą wyrażającym swoje poszukiwania różnego rodzaju doznań w sztuce. Można o nim powiedzieć, że był malującym biznesmenem. Założył firmę, która zajmowała się i zajmuje się sprzedażą jego płócien. Na tym jednak nie poprzestał. W firmowym sklepie można zakupić wszelkiego rodzaju gadżety sygnowane nazwiskiem-marką Thomasa Kinkade’a.

 U szczytu kariery jego dochody przekraczały 100 mln $ rocznie.

Namalował łącznie ponad 1000 obrazów.

Ponad 10 mln – mówi się, że w tylu amerykańskich domach wiszą jego obrazy.

Sukces, jaki odniósł jako malarz i biznesman-malarz polega przede wszystkim na tym, że jego sztuka adresowana była do każdego. Zszedł z „boskiego” piedestału. Coś, co dla wielu osób wydawało się jeszcze niedawno niedostępne i niezrozumiałe nagle stało się dostępne i zrozumiałe.Tym samym wyszedł poza elitarny krąg ludzi Sztuki. Zapukał do drzwi przeciętnego Amerykanina. Ten w większości przyjął go z otwartymi ramionami i powiesił jego płótno na ścianie swojego domu.

Ze sztuki sygnowanej własnym nazwiskiem uczynił markę w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Przeniósł sztukę w przestrzeń nietypową dla niej ; biznesu – zysków i komercji.

imageObrazy Thomasa Kinkade;a przywodzą mi na myśl okres dzieciństwa. Są kolorowe, ciepłe i przyjazne – jak wspomnienia z tamtego okresu. To romantyczna wizja świata. Z jednej strony bajkowa, magiczna i piękna, a z drugiej nierzeczywista i w jakimś sensie odległa. To sztuka bezpieczna, której osobiście nie jestem w stanie nie polubić (bo jakże mogłabym powiedzieć, że nie podoba mi się np. obraz pt. „ A Victorian Christmas Carol”? – załączona fotka z Thomas Kinkade Co), a z drugiej strony, w której nie ma nic, co mogłabym nazwać innowacyjnością.

To sztuka czy Sztuka? A może do obrazów Kinkade’a trzeba podejść jak do bajecznej krainy, która nie ma nic wspólnego ze Sztuką, a po prostu jest małym marzeniem o pięknym świecie zamkniętym w ramach malarskiego płótna? Na te pytania już odpowiedzcie sobie sami.

Oficjalna strona Thomas Kinkade Co: http://thomaskinkade.com/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s