Nie odkładaj życia na później

Amerykańska pisarka Susan Wiggs w powieści „A między nami ocean…” napisała: „Sposób, w jaki spędzasz każdy kolejny dzień, kiedyś zsumuje się na sposób, w jaki spędziłeś życie”. Myślę, że warto wziąć sobie te słowa do serca i nie zapominać o „dziś” i „teraz”.  Nie mogę się teraz powstrzymać z dodaniem w tym miejscu drugiego cytatu, który bardzo do mnie przemawia i ostatnio wręcz „chodzi” za mną. Otóż w tej samej książce padają też słowa: „Ciekawe, ile rzeczy nigdy się nie zdarza, bo ludzie wciąż odkładają je na później”. Ciekawe… 

A tu kilka zdjęć z przełomu grudnia i stycznia, które pstryknęłam tuż po bieganiu na mojej stałej trasie:) 

Reklamy

Zołza, naczelniaki, papa zamiast mózgu, a tak naprawdę w poszukiwaniu słońca

Nie wiem jak Wy, ale ja jestem bardzo ciekawa czy ktokolwiek próbował teraz stworzyć pewne statystyki…  Tak spoglądając za okno, będąc już na wykończeniu za sprawą szalejącej panny Zimy, która otrzymuje ode mnie wdzięczne pseudo „Zołza”, myślę sobie ilu ludzi postanowiło sobie dać w łeb… Jak rozglądam się wokół siebie to mam wrażenie, że wszyscy są na wykończeniu; wlokąc nogę za nogą, przylepiając sztucznego banana do twarzy i próbując udawać, że pogoda nie ma na nas wpływu… A ma, nie ma się co oszukiwać. Sama bardzo chętnie zamieniłabym się z niedźwiedziem miejscami i przezimowałabym ten makabryczny czas w jakiejś jaskini słodko chrapiąc, rzecz jasna w pobliżu beczułki pełnej miodu:D 

Jakby tego było mało nie daję rady patrzeć na to, co serwują nam naczelne media… (Jak widać nie tylko „Zołza” dobija…). Nie wnikajmy w nazwy – wiadomo kto jest naczelnymi – … Naczelniaki mają swoje zagrania i różne gierki. Czwarta władza wbija do mózgu „to i tamto”, ludziska słuchają i podświadomie stają się nosicielami „krzywego widzenia rzeczywistości”. Są rodzynki, ale co może rodzynek… Co prawda robienie papki z mózgu zapewne może i być ekscytujące, ale ile można… Brakuje tylko rycerzy Jedi… A ilu się w to wkręca, obkręca i myśli „no tak!”. Naczelniaki hodują stadka „taniej sensacji”, „kurestwa” i „wiadomości piątej klasy”.

Musicie mi wybaczyć jeśli macie inne zdanie, ale osobiście ostatnimi czasy już nie mogę patrzeć na to jak w tv pojawiają się te same gęby panów piastujących pewne stołki, którzy oprócz „reklamowania” się w szklanych ekraniku nie mają mi jako obywatelce tego kraju nic, zupełnie nic, do powiedzenia, ani do zaoferowania. A ci, co robią coś dobrego nigdy nie zrobią medialnej kariery, bo jak wiadomo ci pierwsi rzucą mięsem, a „my” mamy się podekscytować, mięso się lubi, mięso to mięso… Medialne dyskusje, medialne hasła i sprawy priorytetowe, które nimi nie są sprawiają, że mam ochotę rzucić czymś w monitor, ale szkoda mi sprzętu:D Patrzenie na naszą rzeczywistość przez pryzmat naczelniaków to jak „1001 kłamliwych opowieści”. Alice napastliwa się zrobiła możecie powiedzieć. Wybaczcie. TV dobija, w prasie naczelniackiej dobija naczelniackie patrzenie na rzeczywistość, no dobrze, że czasem można zagłuszyć się radiem i melodyjką z cyklu „bum bum pum przód tył jest wesoło dupa”. A może to ta „Zołza”? Jak myślicie? A na celebrytów… Oj pogadam sobie o nich, i lansowaniu się i lansowaniu, ale zostawię to na inny raz.

No dobrze nie męczę naczelniakami, wiemy jak to z nimi jest, ale czasem i ja muszę sobie ulżyć i śnieżynką rzucić tam i tu… Tymczasem zakładam zieloną koszulkę, odpływam daleko, a może jeszcze dalej. W tle leci ulubiona piosenka Lany Del Rey. Oczywiście odlatuję w marzeniach i przypięta do netka kochanego i kilku „słonecznych” stron z atrakcyjnymi ofertami lotów. Pora na poszukiwania.  Jak ja to lubię! No teraz to jaki banan na buzi się pojawia.  Chyba czas opuścić polską „Zołzę”, wsiąść w samolot i odlecieć do jakiegoś miejsca, gdzie choć chwilę poczuję się jak w Krainie Wiecznego Szczęścia (swoją drogą przypomina mi się w tej chwili film o takim tytule z naprawdę dobrą rola A. Hopkinsa). W oczekiwaniu na prawdziwą wiosnę i w poszukiwaniu słońca gdzieś tam daleko wyciągam trampy i ulubioną, kolorową apaszkę. Nie dajmy się „Zołzie”!;)

cropped-100_1015.jpg

Zdjęcie: A.Sz.

P.S.: A ten kawałek dziś jak drag jest dla mnie:

„Poczta do Nigdy-Nigdy” i trochę zimowo

Powoli próbuję zabrać się za siebie i wrócić do blogowego życia, ale idzie mi to jakoś przerażająco powoli. No, ale jak to powiadają; co się odwlecze, to nie uciecze. Przyszła zima, zasypała mnie tu na Podlasiu, do tego temperatura też nie rozpieszcza, ciągle poniżej -10 lub -15… A wróżą jeszcze więcej kresek poniżej zera. I nie to, że aż tak mnie te niskie temperatury przerażają, bo nie, ale jednak zima to nie ta pora roku, która mi sprzyja więc już marzę o ciepełku i wiośnie. Raz na jakiś czas wybywam, aby ogrzać się w centralnej części Polski lub jeszcze w cieplejszych miejscach, ale i tak zima daje mi popalić. Mówię o tym miejscu Syberia. Kto nie wierzy, zapraszam, można samemu doświadczyć. Z tego wszystkiego postanowiłam sięgnąć po reportaże z Australii Lucjana Wolanowskiego. Nie wiem czy nazwisko tego autora jest Wam znane lub dobrze znane, ale kto nie słyszał o tym Panu lub chciał, a jeszcze nie sięgnął po jego twórczość, polecam. „Poczta do Nigdy-Nigdy” to zbiór świetnych tekstów i spostrzeżeń o Australii oraz o Australijczykach. Czego tam nie ma o Australii? – chyba tylko tak można napisać. A najlepsze są partie o „najpiękniejszych kłamstwach, które są prawdą” (więcej o tym napiszę przy tekście o tym tytule). Jakby nie patrzeć to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika Czerwonego Lądu, dla fanów reportaży łączących historię z problemami współczesności oraz osób zainteresowanych szeroko pojętą tematyką podróżniczą. Nie chcę tu być jakoś krytyczna, ale wiele ze współczesnych reportaży przy tych tekstach Wolanowskiego, choć te pochodzą z 1968 roku + uzupełnienia w nowszych wydaniach, odpada w bramkach startowych. Nie dość, że autor serwuje masę wiedzy to do tego opatruje ją zabawnymi historyjkami, anegdotami, spostrzeżeniami o ludziach i tej jakże nam odległej Australii. Lucjan Wolanowski zwykł mawiać, że ojcem reportażu jest zmysł obserwacji, a matką ciekawość. Czytając jego „Pocztę do Nigdy-Nigdy” nie da się uciec przed przeświadczeniem, że miał jedno i drugie. To naprawdę fascynująca i jakże mądra przygoda z tą niezwykłą krainą, jaką dla wielu ludzi w Polsce i na całym świecie jest Australia. Niebawem poświęcę temu tytułowi tu więcej miejsca. Dziś czytając te reportaże wygrzewam się gdzieś daleko w Alice Springs w 49 stopniowym upale i zapominam o tym, że za oknem mróz i śnieg;-) PozdrawiaM